Zagrożenie bakterią E. coli

Ogórkowa psychoza – tym mianem można określić obecną sytuacją w branży spożywczej. Odkąd w ogórkach rzekomo odkryto bakterie E. coli, na konsumentów padł blady strach. Naprawdę jest się czego bać?

Od początku maja po prawdopodbnym spożyciu ogórków kilkanaście osób w Niemczech zatruło się bakteriami E.coli, liczba zarażonych Europejczyków wciąż rośnie. Co więcej, chorzy pojawiają się również w Polsce. Zarówno import, jak i eksport ogórków w wielu krajach europejskich został wstrzymany.

Początkowo twierdzono, że zakażone ogórki pochodziły z Hiszpanii, więc natychmiast zrezygnowano ze sprowadzania ogórków z tego kraju. Jednak później okazało się, że to niekoniecznie z Półwyspu Iberyjskiego pochodziły trujące warzywa. Nie zmienia to faktu, że problem EHEC nadal nie został rozwiązany. Pojawiła się hipoteza, że to kiełki z Niemiec są powodem zagrożenia, jednak też nie jest jeszcze potwierdzona.

Choć brzmi to wręcz kuriozalnie, ludzie decydują się nawet na wyrzucanie zakupionych już ogórków. Wielu sprzedawców postanawia za darmo rozdawać towar, byle tylko go nie marnować, a jednak klienci nie chcą słyszeć o ogórkach nawet, jeśli mają je dostać zupełnie bezpłatnie.

Przypadki zachorowań nie oznaczają jednak, że to warzywa są zatrute. Mając możliwość sprawdzenia pochodzenia warzyw możemy je spokojnie spożyć. Odradza się konsumpcji importowanych produktów. Jednak właśnie teraz świeże ogórki pochodzące z polskich zakładów ogrodniczych są najzdrowsze. Zawierają witaminy, są smaczne i pożywne, mimo że nie tuczą. Całkowita rezygnacja z nich nie jest potrzebna, lecz pamiętajmy, by nie zaopatrywać się w ogórki pochodzące z niewiadomych źródeł. Możemy jednak liczyć na to, że warzywa zebrane z prywatnych ogrodów nie będą trujące. Poza tym, Główny Inspektorat Sanitarny dba o wzmożone kontrole, które pomogą uniknąć dostania się do sprzedaży podejrzanych ogórków.